Revenant

Korupcja Voidborna opanowała galaktykę Voidfalla. Wielkie rody zjednoczyły siły, wysyłając w kosmos statek Revenant, który jest ostatnią nadzieją na przetrwanie. My wcielimy się w role dzielnych kapitanów, których zadaniem jest eskortowanie tej jednostki w bezpieczne miejsce, z dala od niszczycielskiej siły pustki.

W trakcie naszych zmagań będziemy rozwijać własną flotę, wspierać poszczególne rody, odwiedzać przeróżne planety i odpierać ataki Voidborna. Wszystko po to, by zasłużyć na miano kolejnego Supreme Commandera Revenanta.

Zapraszam Was do recenzji, w której opowiem o moich legendarnych bitwach w przestworzach i odpowiem na pytanie, czy jeszcze jest jakaś nadzieja dla euro graczy.

Dlaczego warto było walczyć z Voidbornem

Na wstępie zaznaczę, że Revenant nie jest grą w pełni kooperacyjną (coś, co musiałem kilka razy powtarzać). Mimo iż działamy wspólnie, by przerzedzać siły Voidborna, rozgrywkę wygra tylko jeden z nas. Ten, który poradzi sobie z tym zadaniem najlepiej, czyli zdobędzie najwięcej punktów.

Ten aspekt semi-kooperacji sprawdza się tutaj po prostu świetnie. Wróg niszczy statki wielkich rodów, osłabiając ich wpływy na planszy. Ogranicza to nasze możliwości wykonywania akcji oraz mocno wpływa na sytuację na koniec gry. Z tego powodu musimy wspólnie odpierać ataki tego pomarańczowego najeźdźcy. Trzeba też pilnować, by siły Voidborna nie zaatakowały statku flagowego. Jego ewentualne zniszczenie co prawda nie kończy rozgrywki natychmiastową porażką, ale niesie ze sobą bardzo przykre konsekwencje dla nas wszystkich.

Dlatego podczas partii często dochodziło między nami do ugadywania się w stylu: „Dobra, ty lecisz do sektora 4 i pozbywasz się tych statków, a ja rozstawiam tarczę, która ochroni sektor 7”. Uwielbiam takie zagrywki! Mimo że ostatecznie ze sobą rywalizujemy, ta namiastka współpracy niesamowicie podkręcała emocje podczas rozgrywki.

Kolejnym elementem, który sprawiał, że warto było stawić czoła siłom Voidborna, była rywalizacja o względy wielkich rodów. Jest ich siedem, a każdy z nich zapewnia inne benefity podczas zdobywania wpływów na torach.

Tutaj właśnie wchodzi też najciekawszy element gry. Nasza walka o wpływy będzie toczyć się w sekrecie. Zarówno na początku rozgrywki, jak i w jej trakcie, będziemy zdobywać tajne karty wpływów. Zwiększają one mnożniki punktów na koniec gry i wskazują, na którym rodzie powinniśmy się skupić. Jako że większość punktacji opiera się na wspieraniu stronnictw, fakt, że robimy to w tajemnicy, zmusza innych graczy do kombinowania. Będą oni robić wszystko, by promować swoje rody, a przy okazji krzyżować plany innych.

Nie brakuje tutaj takich drobnych złośliwości gdzie możemy specjalnie osłabić czyiś wybrany ród. Dlatego warto  bacznie obserwować co robią inni gracze i kogo wspierają. Może też warto podłączyć się do nich i razem wynieść jakiś ród w świetność by zdobyć masę punktów.

Kolejnym aspektem Revenanta, który sprawiał, że chętnie przejmowałem kontrolę nad załogą, było to, że mogłem cały czas ją rozwijać. Nasi kadeci mogli zyskać wiele specjalnych zdolności, które zwiększały ich moc, a kapitan levelował, ulepszając swoją unikatową umiejętność. Mogliśmy też zwiększać siłę naszej fregaty, dokładając do niej nowe karty. Wszystkie te asymetryczne mechaniki sprawiły, że każda nasza rozgrywka była niepowtarzalna. Ścieżek rozwoju było naprawdę sporo, a każda z nich kierowała nas w rozwoju naszej strategii. Czasami dało się też tworzyć świetne synergie, które sprawiały, że tury stawały się mocno combogenne. Szczególnie pamiętam, jak raz rozwaliłem 6 statków Voidborna w jednej turze, co sprawiło, że mocno wysunąłem się naprzód na torze taktyki.

Co mnie nie napędzało do dalszego lotu

Na pewno sporym problemem był sam start Revenanta. Trzeba było przyswoić sporo symboli, które nie zawsze były tak intuicyjne, jak bym tego chciał. Na szczęście z pomocą przyszedł glosariusz, który tłumaczył działanie praktycznie wszystkich kart oraz akcji. Szkoda jedynie, że w instrukcji zabrakło informacji o tym, jak działają planszetki fregat. Choć to akurat jest dość intuicyjne. Aby usprawnić rozgrywkę, wydrukowałem glosariusz dla każdego gracza, ponieważ jeden egzemplarz krążący bez przerwy między znajomymi to zdecydowanie było za mało.

Kolejnym małym minusem jest tor taktyki. Gdy eliminujemy kolejnych Voidbornów, wspinamy się po tym torze, co ustala kolejność graczy w przyszłych cyklach lub czasami zapewnia nam dodatkowe surowce. Problem polega na tym, że kiedy znajdziemy się już na samym szczycie, kolejne starcia stają się teoretycznie zbędne. Nie chodzi o to, że walka i ochrona wielkich domów przestają się opłacać. Po prostu chciałbym, aby nagrody za bitwy były bardziej okazałe. Chciałbym, żeby gra cały czas motywowała mnie do niszczenia wrogów i żeby ten aspekt został zaprojektowany w bardziej zachęcający sposób.

Czas rozgrywki i liczba graczy

Udało mi się pograć z każdą możliwą kombinacją graczy i muszę przyznać, że Revenant w każdej z nich działa dobrze. Jednak najlepiej grało mi się w cztery osoby. Wtedy gracze wspierali różne domy, co czyniło rozgrywkę znacznie ciekawszą. Więcej też działo się w kwestii eliminowania Voidbornów i chronienia całej floty. Przy dwóch graczach do rozgrywki dołącza automa, ale jej jedynym zadaniem jest zajmowanie dostępnych miejsc na statkach. Jej obsługa jest dziecinnie prosta, więc nie trzeba się martwić żadnymi skomplikowanymi dodatkowymi zasadami.

Czas rozgrywki w Revenanta jest moim zdaniem w punkt. Czuć tu presję i ciasnotę wynikającą z rozegrania zaledwie 12 tur, ale za każdym razem po partii czułem zarówno satysfakcję, jak i lekki niedosyt. Cała rozgrywka kończy się w odpowiednim momencie, a w dwie osoby po prostu błyskawicznie śmiga do przodu.

Na całe szczęście setup nie jest tak długi jak w Voidfallu. Choć przygotowanie gry i tak zajmuje trochę czasu i moim zdaniem balansuje na granicy opłacalności, to ostatecznie wciąż plasuje się po tej dobrej stronie.

Grafika i Jakość komponentów

Pod względem grafiki jest to coś dla fanów Voidfalla. Mi się podoba i dało się przyczepić do symboliki serwowanej prze tę grę.

Co do komponentów to nie ma się do czego przyzwyczaić jedynie jak zawsze zabawa zepsuje trochę płytki insert. Jak w Voidfallu wszystko domykało się z woreczkami strunowymi to tutaj mam problem by odpowiednio zamknąć całe pudełko. Zawsze coś tam wystawało.

Podsumowanie

Dawno nie grałem w coś tak ciekawego jak Revenant. Gra sprawnie łączy euro wątki z delikatną ameritrashową nutą. Bo mimo iż zbieramy zasoby, wspinamy się na torach, dbamy o punktację to ta walka z Voidbornem czyni ją wyjątkową. Nie jest to kolejny suche euro, w której klimat jest tylko samą namiastką. Fakt, że razem musimy odpierać siły wroga mocno kojarzy mi się to z grą Tianxia i są to skojarzenia jak najbardziej bardzo pozytywne.

Bardzo też podobało mi się to, że w każdej rozgrywce skupiałem się na czymś innym. W jednej rozwijałem moją fregatę by niszczyć Voidborna, a w kolejnej olewałem to i zbierałem sekretne wpływy wielkich rodów. Nawet po tych kilku rozgrywkach jeszcze nie jestem w stanie powiedzieć w co warto iść i to akurat dobrze świadczy o tym tytule.

Nasze rozgrywki były też pełne zwrotów akcji, bo czasami ktoś komuś specjalnie osłabiał wybrany dom, a czasami jakiś gracz z dobrego serca ratował mieszkańców galaktyki, zestrzeliwując statki wroga niczym Maverick w Top Gunie.

Jednak z tą wyjątkowością wiąże się cena, jaką trzeba zapłacić za granie w Revenant. Tą ceną jest próg wejścia i konieczność poznania wszystkich symboli. Nie jest to łatwe zadanie i trzeba być mocno zmotywowanym, by opanować wszystkie możliwe manewry.

Ostateczny werdykt: Warto było skoczyć w nadprzestrzeń by pokonać pustkę euro sucharków i zagrać w coś z klimatem.

Plusy
Niby kooperacja, a jednak nie
Euro sucharki z klimatem
Rozwijanie Mavericków
Sekretna walka o wpływy
Bicie Voidbornów

Minusy
Kosmos symboli
Jeden glosariusz
Ej pudełko ci wystaje!

[Współpraca reklamowa z Mind Clash Games]

Podobne Posty