| |

Star Realms Rise of Empire

W tym roku z żoną postanowiliśmy sobie, że będziemy grać w gry kampanijne i co najważniejsze będziemy je kończyć. Szczególnie ta druga część naszego postanowienia bywała ciężka do zrealizowania w przeszłości. Dlatego pełni motywacji zasiedliśmy do Star Realms Rise of Empire.

Postanowiliśmy też podkręcić lekko stawkę, bo chcieliśmy skończyć całą kampanię w jeden dzień. Czy nam się to udało?

Star Realms Rise of Empire to gra deck buildingowa z lekkimi elementami legacy. Jak to bywa w klasycznych deck builderach dobieramy 5 kart, atakujemy się i usprawniamy naszą talię dodając do niej nowe karty. Wygrywamy jeżeli podważymy autorytet innego gracza i zredukujemy go do zera. Czyli tak zwany klasyk.

Dla mnie realmsowe gry zawsze były kwintesencją szybkiego pojedynku, który mogliśmy rozegrać w ciągu 20-30 minut. Dosłownie siadamy do stołu, tasujemy karty, następuje bang bang i szybko gramy rewanż. Idealna gra na luźne popołudnie bez spiny.

Tym razem jednak czekała na nas grubsza sprawa. Bo Star Realms Rise of Empire to 12 scenariuszy, w których zawalczymy o tytuł władcy realsmowej galaktyki.

Zapraszam Was na moją relację z tego wydarzenia.

1. Dwie strony Imperium

Na początku rozgrywki musieliśmy wybrać stronę konfliktu. Każda z nich miała inne motywacje w tej wojnie oraz zaczynała z 2 specjalnymi kartami, które modyfikowały naszą rozgrywkę.


Gosia objęła władzę nad Gwiezdną flotę handlową. Jej siłą było odzyskiwanie autorytetu przez co dłużej mogła bronić się przed moimi atakami. Normalnie w innych grach powiedziałbym, że grała „tymi dobrymi”.

Ja za to od razu rzuciłem się na wybór gwiezdnego imperium. Bo chciałem wcielić się w Darth Vadera. Choć w kampanii ta frakcja została przedstawiona bardziej jako rebelia z Gwiezdnych Wojen. Dlatego wyobraziłem sobie, że Vader zjednał się z Lukiem i razem postanowili stawić czoła Imperatorowi(Gosi). Nie jest to kanon Star Wars, ale kto wie przecież od miecza świetlnego już się nie umiera… (sorry Qui Gon).

2. Nowa realmsowa nadzieja

Kampania składa się z 12 scenariuszy, w których robimy to co w normalnych realmsach czyli walczymy ze sobą i deck buildingujemy nasze talie.

To co najbardziej podobało mi się w realmsowych grach to synergię pomiędzy różnymi frakcjami. Bo, jeżeli zagramy 2 karty tej samej frakcji to możemy uruchomić pomiędzy nimi wcześniej wspomnianą synergię. Zwiastuje to zwiększeniem obrażeń, dobraniem kart lub odpaleniem dodatkowej zdolności.

W Rise of Empire dostajemy 3 nowe frakcje, które są neutralne i nie należą do żadnego sojuszu. W trakcie rozgrywki kupując nowe karty mieliśmy możliwość dołączenia ich do naszej strony konfliktu przekupując ich kredytami. Wtedy mogliśmy nakleić naklejkę zamieniając kartę na dwufrakcyjną. Dzięki temu uruchamiała synergię ze swoim kolorem i naszym. Naklejka też modyfikowała zdolność karty.

Ten aspekt rozgrywki działał tu po prostu świetnie. Bo nie dość, że rywalizowaliśmy ze sobą atakując się nawzajem to jeszcze walczyliśmy o karty na rynku. Ta decyzja na co nakleić naklejkę wpływała na całą kampanię. Bo w przyszłości kupując karty z rynku szukaliśmy naszych sojuszników. Łącznie przez całą rozgrywkę mogliśmy nakleić 20 naklejek wybierając ze specjalnych arkuszy ustawionych według kosztu.

Ja postanowiłem połączyć moją frakcję ze Zbieraczami, którzy złomowali karty i Królestwem, które zapewniało zapasy kredytów.

Gosia za to głównie skupiła się na fioletowych kartach, które zapewniały większe obrażenia.

Co ciekawe były takie sytuacje gdzie podbieraliśmy sobie karty z rynku nawet jeżeli nie należały do naszego sojuszu byleby przeciwnik z nich nie skorzystał. Było to dość złośliwe i często można było usłyszeć „ej po co ci ta karta?”.

Naklejki otrzymywaliśmy tylko przez pierwsze 4 scenariusze rozgrywki. Są też one alternatywnym warunkiem zwycięstwa w tych misjach. Bo kto naklei wszystkie z 1 arkusza to wygrywa. Niestety nikomu z nas to się nie udało. Było to dość ciężkie do zrobienia szczególnie biorąc pod uwagę, żeby przeciągnąć niektóre karty do naszego sojuszu musieliśmy wydać ponad 9 kredytów.

Takim największym mankamentem naklejek było to, że są one zbyt długie. Naklejając je na kartę wystawały poza ramki zdolności i wygląda to dość nieestetycznie. Przy bazach szczególnie trzeba było uważać by nie zasłonić sobie wartości obrony. Moglibyśmy je przycinać, ale po prostu nam się nie chciało.

Jednak powracając do naszego starcia to muszę powiedzieć, że walki były dość wyrównane. Bo zarówno ja wygrałem 2 razy i moja żona też. Choć nie tylko zwycięstwa liczyły się w poszczególnych scenariuszach do wygrania całej kampanii.

3. Imperium Kontratakuje

Po każdym wygranym scenariuszu zwycięzca otrzymywał 1 trofeum wygranej. Czyli można by rzec powiedzieć, że kto wygrywał więcej razy to pewnie wygra kampanię. Otóż nie. Bo punkty otrzymywaliśmy też jeszcze za posiadanie więcej kart danej frakcji w sojuszu oraz jeszcze za to kto pierwszy skończy wszystkie swoje arkusze naklejek.

W Star Realms Rise of Empire wprowadzono też wiele mechanik, które balansowały szansę tak by były wyrównane. Bo często zasady nowych scenariuszy lekko pomagały przegranemu. Przecież słabo by było grać dalej wiedząc, że już przegraliśmy wszystko na samym początku.

Kolejną rzeczą, która pomagała w równowadze były karty gambitu. Zapewniały takie silne jednorazowe zdolności oraz buffy do naszych akcji. Jednak z ich przydatnością różnie było. Bo niektóre gambity przydawały się tylko jednej z naszych frakcji, a część z nich była dość sytuacyjna.

Przy 6 scenariuszach miałem przewagę 4 wygranych. Moja strategia skupiała się na odrzuceniu kart żony i zmniejszaniu szansy na jej eksplozywne tury. Niestety moja przeciwniczka nieźle się leczyła, a ja bardziej się skupiałem na kredytach by kupować droższe karty.

Wszystko zmieniło się w kolejnych misjach. Bo teraz żona zaczęła odzyskiwać przewagę. Pewnie tej zmianie przysłużył się power nap, który sobie zrobiliśmy przed dalszym graniem. Zjedliśmy też obiad by mieć siły na zakończenie kampanii.

4. Mroczne widmo grania cały dzień

Kolejne scenariusze głównie polegały na walce. Niestety nie otrzymywaliśmy czegoś takiego nowego co zmieniłoby nasze dotychczasowe doświadczenie. Pojawiło się też takie lekkie zmęczenie ciągłym deck buildingowaniem. Jednak obwiniam to, że postanowiliśmy machnąć wszystko jednego dnia. Kto robi takie rzeczy?

Stan kampanii był taki, że Gosia wygrywała kolejne scenariusze. Jej przewaga zrobiła się przytłaczająca. Jednak wiedziałem, że to ja mam więcej kart 2 różnych frakcji w moim sojuszu. Każdemu z nas została też tylko 1 naklejka do przyklejenia. Wiedziałem, że kto pierwszy zrealizuje ten cel to wygra całą kampanię.

5. Przebudzenie mocy finału

Nadeszła pora na 12 i ostatni scenariusz, po którym mieliśmy wyłonić zwycięzcę. Otwieramy kopertę czytamy dodatkowe zasady misji, patrzymy z ekscytacją z czym mamy się zmierzyć…

Nie będę spoilerował tego co na nas czekało podczas finału, ale był to niezły plot twist, którego nikt się nie spodziewał tak samo jak hiszpańskiej inkwizycji. Powiem Wam tylko, że było to epickie i wywróciło to trochę do góry nogami całe założenie kampanii.

Ten ostatni scenariusz mógł dosłownie zmienić wszystko. Jednak nie brnę w to dalej by nie spoilerować tak jak kiedyś koledze zepsułem 4 sezon Vikingów.

6. Imperium Brodatego Kontratakuje

Po ostatnim scenariuszu przeszliśmy do finalnego podliczania punktów. Wyciągnęliśmy nasze karty trofeów i emocjonująco liczyliśmy na wygraną. Nikomu z nas nie udało się nakleić ostatniej naklejki. Gdyby żona to zrobiła to pewnie by wygrała.

Jednak to moje Imperium zatriumfowało zdobywając 11 punktów do Gosi 10. Wynik był bardzo bliski i w większości przypadków za ta niewielką różnicą stały te wszystkie mechanizmy balansujące rozgrywkę.

Podsumowanie

Podsumowując ten cały dzień spędzony na deck buildingowaniu muszę powiedzieć, że bawiliśmy się po prostu świetnie. Były emocje, były chwile załamania kiedy nie dochodziły nam karty i były momenty, w których z ekscytacją czytaliśmy co wprowadzały kolejne scenariusze.

Obydwoje bardzo lubimy Star Realmsy i ta kampania zdecydowania nadała trochę innego wymiaru naszym normalnym pojedynkom. Szczególnie jej finał, który lekko nas zaskoczył i przerwał trochę rutynę w robieniu cały czas tego samego. Doszliśmy też do wniosku, że na przyszłość rozłożylibyśmy sobie takie granie na co najmniej 2 dni. Bo jednak po tylu godzinach czuć było lekkie zmęczenie.

Kolejnym wnioskiem, który nasuwa mi się jest też to, że podobał mi się ten cały aspekt legacy tylko szkoda, że było go tak mało. Szkoda, że np. nie było możliwości ulepszania startowego decku, bo cały czas zaczynaliśmy z tym samym i musieliśmy wszystko resetować w każdym scenariuszu. Fajnie by było gdyby do naszej rozgrywki dołączyli też przywódcy, którzy tak dużo zmieniają w podstawowej rozgrywce. Tego trochę mi brakowało.

Ostateczny werdykt: Star Realms Rise of Empire to w zasadzie jedna wielka „naklejka” na podstawową wersję gry, która wciągnęła nas bez reszty. Zdecydowanie warto było poświęcić cały dzień na deck buildingowanie.

PS Teraz muszę obejrzeć Gwiezdne Wojny po raz n-ty.

[Współpraca reklamowa z IUVI Games]

Podobne Posty